TOP25SNUFFTop25snuff
Karta oceny · top25snuff
Czystotytoniowe
Smak
Tytoń
Waga opakowania
50 g · papierowe
Zawiera tytoń
Tak
Rozkład ocen8 recenzji
5★8
4★0
3★0
2★0
1★0
Wyrób tytoniowy · szkodzi zdrowiu18+
Bernard Tabak

Gekachelter Virginie Dunkel

4,95
na podstawie 8 recenzji
🏆 #5 w rankingu tabak #3 w marce Bernard Tabak
Smak waga 80% 5,00
Opakowanie waga 20% 4,75
Dodaj recenzję

W skrócie

Gekachelter Virginie Dunkel to czysto tytoniowa tabaka Bernard Tabak z ciemnej Virginii, w 50-gramowym foliowym woreczku w żółto-czarnym kartonowym pudełku z rysunkiem roślin tytoniu; recenzenci zaznaczają, że trzeba ją przesypać do własnej tabakierki. Aromat określany jest jako fermentowany, lekko podwędzany i sianowaty, z kwaskowatością przywodzącą na myśl rodzynki oraz nutami biszkoptu, kakao i suszonych owoców; jeden recenzent porównuje go do zapachu wilka. Tabaka jest bardzo ciemnobrązowa, mielona średnio do grubo, a co do wilgotności zdania są podzielone – od suchej i sypkiej po wilgotną i lekko tłustą. Część recenzentów uważa ją za bardzo mocną i drapiącą w gardło, inni za lekką, nieszczypiącą i raczej niespływającą. Porównywana jest z Feiner Offenbacher Cardinal tego samego producenta.

Opracowanie redakcji na podstawie 8 recenzji tabaczarzy

Recenzje

8
Adam G. TOP recenzent
5,0

Czarna piękność

Przymierzając się do recenzji Gekachelter Virginie Dunkel chciałem, aby była ona najlepszą z dotychczas przeze mnie napisanych. Ale wybrałem zbyt trudną drogę do jej opisania, ponieważ postanowiłem być jak najbardziej obiektywny wobec tabaki, którą cenię sobie najbardziej. Stąd też mój osąd będzie subiektywny jak nigdy dotąd.

Gekachelter Virginie Dunkel - nazwa, którą kiedyś z trudem zapamiętywałem, a dziś piszę z zamkniętymi oczyma - oznacza ciemną, "kaflowaną" Virginię. Jest to tabaka typu gdańskiego, a więc kawał historii i rarytas, choćby ze względu na samą metodę produkcji. Dziękujmy firmie Bernard Tabak za to, że podtrzymuje w istnieniu takie tabaczne relikty przeszłości. Nie tylko receptura ale i opakowanie nawiązuje do zamierzchłych czasów, kiedy to każdy tabacznik miał swoją tabakierę. Dla Gekachelter okaże się ona niezbędna. W żółtym, tekturowym pudełku znajdziemy woreczek foliowy zawierający 50g tabaki. Dawniej zapakowano by ją w sam papier. Folia jest niewielkim ustępstwem na rzecz współczesności. Opakowanie nie jest przeznaczone ani do zażywania z niego, ani do dłuższego przechowywania tabaki. Pierwszą funkcję musi spełnić tabakierka z prawdziwego zdarzenia, drugą (jeśli w tabakierce nie zmieści się 50g) najlepiej słoik lub inny szczelny pojemnik. Wilgotny i lekko tłusty proszek jest podatny na wietrzenie i starzenie, warto więc postarać się, aby "G" swą młodość zachowała dla naszego nosa. Jeśli opakowanie jest tak niepraktyczne, to dlaczego dostało maksymalną notę? Po pierwsze, jego forma idealnie pasuje do formy tabaki. Zapakowanie "tabaki z przeszłości" we współczesny plastik było by czymś niestosownym, wywoływało dysonans, burzyło uzasadniony porządek rzeczy. To tak, jakby szlachetne wino sprzedawać w butelkach PET zakręconych ordynarną zakrętką. Po drugie - estetyka. Żółte tło - jak kolor wysuszonych liści Virginii - i czarny - jak sama tabaka - rysunek przedstawiający dwie okazałe rośliny tytoniu. Tu nie potrzeba słów, przekaz jest jasny - tytoń i tylko tytoń.

Zanim przejdę do sedna zatrzymam się chwilę na konsystencji omawianego produktu. Początkowo chciałem określić zmielenie jako grube, ale w porównaniu ze schmalzlerami i holenderskimi tabakami firmy Molens de Kralingse wygląda na drobniejsze. Długo się zastanawiałem nad właściwym a krótkim określeniem, bo Gekachelter wymyka się zwykłemu podziałowi i uogólnieniom. Na pierwszy rzut oka fakturą przypomina schmalzlery. Jednak po zanurzeniu palców w puszystym proszku między liniami papilarnymi zostają drobinki tytoniu. Dlatego zmielenie Gakachelter Virginie Dunkel określam jako "pełne" (choć to trochę niezręcznie użyte słowo) - zawiera w sobie grubsze okruchy, drobny pył oraz maleńkie agregaty owego pyłu. Skoro omówiłem walory zewnętrzne tej tabaki, pora aby swój sąd wydał zmysł powonienia.

W silny aromat Gekacheter zagłębiam się powoli i stopniowo, z każdym wdechem wyłapując kolejne warstwy zapachowe. Pierwsza jest słodka, przypomina biszkopt i kakao. Zbliżam nos i skupiam się na aromacie. Ten rozwija się, odkrywając kolejne warstwy ułożone naprzemiennie i splecione ze sobą. Wyczuwam suszone owoce (daktyle, gruszki?), delikatny dym z drewna owocowego (a może torfowy?). Czy jest coś jeszcze? Możliwe ale na to pytanie muszą odpowiedzieć tabacznicy bardziej doświadczeni ode mnie. Opis nut zapachowych przypomina schmalzlera, jednak w Gekachelter są one trudniejsze do rozdzielenia i bardziej subtelne. Tworzą tytoniową, harmonijną całość i w takim kształcie można odbierać aromat, bez wchodzenia w niuanse. Każdy oddech wypełniony zapachem "G" jest jak zaproszenie do bliższego poznania. Zażywam i dochodzę do punktu, w którym moje zdolności poznawcze i analityczne okazują się niewystarczające. Wszystko co wyczuwałem w aromacie wydaje się nadal obecne w smaku ale przemienione i posiadające jeden wspólny mianownik - tytoń. Słodkie i owocowe nuty cichną, wzmacniają się dymne i drzewne. Pojawia się delikatna sianowatość, przypominającą suchą czarną herbatę yunnan. Nie jestem pewien tego co właśnie napisałem, bo trudno oddzielić jedną warstwę od drugiej. Nie mogę znaleźć smaku, który byłbym w stanie nazwać. Nie wiem, czy zawodzi mnie percepcja, czy elokwencja? Może brakuje mi punktów odniesienia? Może Gekachelter sama stanowi punkt odniesienia? Wszystko wskazuje na to, że tak. Nie znalazłem przyjemniejszej i pełniejszej tabaki. Ma w sobie wszystko co lubię w tabace i nie ma wśród tabak niczego, co chciałbym do niej dodać. Jest najbardziej przystępną dla mojego nosa tabaką. Nie szczypie, nie kręci w nosie, nie wypala śluzówki ale nawilża ją i oczyszcza. Niczym piękna kreolska dziewczyna, o krągłych biodrach i pełnych udach, aksamitnym dotykiem pieści ciało, a zmysłowym szeptem uspokaja umysł. Ale chyba znowu się zapomniałem przy Virginii... Pora znowu się odnaleźć, przecież piszę o tabace.

Bartłomiej TOP recenzent
5,0

Gekachelter Virginie dunkel

Bardzo trudna recenzja przede mną. Brak mi bowiem słów do opisania tej tabaki. O ile sama ocena tej tabaki jest prosta to z uzasadnieniem już gorzej. Nie jest łatwo opisać coś niepowtarzalnego, gdy nie można tego z niczym znanym porównać. Taki jest właśnie Gekachelter Virginie Dunkel.

Pierwszym krokiem do poznania tej tabaki jest poznanie jej nazwy. Pod tym przydługim tytułem kryje się jednocześnie dokładny opis: Kaflowana Ciemna Virginia.
Na pięknym, żółtym, kartonowym pudełeczku kryją się kolejne informacje dotyczące tej tabaki. Na przykład iż jest to wyrób dla koneserów. Co do tego nie mam wątpliwości.

Wrócę jeszcze do opisu opakowania. Jak już wspomniałem opakowanie, to kartonowe pudełeczko koloru żółtego. Zewsząd zostało one pokryte zdobionymi ramkami. Na froncie widnieją dwa dorodne krzaki tytoniu, oraz tytuł tabaki. Całość wygląda pięknie i bardzo staromodnie. Podobnie jest z samą tabaką. Wewnątrz kartonika kryje się plastikowy woreczek z zawartością, którą niezwłocznie przesypałem do 50 gramowej flaszy, zapełniając ją po szyjkę.

Lekko wilgotny tytoń został dokładnie zmielony. Barwa to wspaniały ciemny brąz.
A smak? Genialny w swej prostocie. Lekko podwędzona Virginia. Brzmi prosto, ale jakże genialnie smakuje. I tu pojawia się problem jak powiedzieć coś więcej. Jak bowiem pachnie Virginia? Jak Virginia. Dlatego jest to tabaka dla koneserów. Kupując ją trzeba wiedzieć jak smakuje tytoń pozbawiony mentolu i innych aromatów, aby nie przejechać się na tej tabace.
Oczywiście powiedzieć, że jest to tylko podwędzona Virginia, to lekkie niedowartościowanie. Bernard użył tu całej swojej magii, aby uczynić z tej tabaki prawdziwy wehikuł czasu, który zabiera nas do czasów świetności tej szlachetnej używki.
Zażywanie tej tabaki tabaki to wspaniałe i niepowtarzalne doświadczenie. Polecam ją każdemu fanowi klasycznych wyrobów tytoniowych.

4,9

Skraj lata

Jeżeli miałbym uczciwie wskazać na starcie pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa mi się po około 4-letniej znajomości z tą tabaką, jest to niewątpliwie natura. Nie oznacza to bynajmniej skojarzeń aromatycznych powiązanych z kwiatami, rzekami etc. Pewien obraz nieskazitelności przybiera, ale o tym później. Twór ten jest najbardziej naturalną tabaką ze wszystkich, jakie dane było mi spożywać. Odczucie to nasila się w momencie kiedy patrzymy na tabakierkę. Cóż, tabakierki nie ma, jest za to kartonowe pudełeczko, podobne do takich, w których dostać możemy karty do gry. Gdy spoziera się na nie, aż bije w oczy prostotą i swego rodzaju klasą w starodawnym stylu. Ładnie prezentująca się żółć z czarnymi akcentami to wszystko. Można by rzec, iż tylko tyle, a zarazem aż tyle. Widzimy na kartoniku narysowane kontury dwóch roślin, zapewne tytoniu, poniżej napis sygnujący wyrób i czarną ramkę. Z boku/góry/dołu informacje po niemiecku(lecz nie będę wyjawiał tajemnicy, co głoszą:)), a z tyłu herb tejże bawarskiej firmy oraz paskudne ostrzeżenie.

Każdy lubi wiedzieć, jak tabaka wita nas przed zażyciem, także opiszę to i owo(choć moi poprzednicy także to zrobili). Zanim otworzę kiedykolwiek owo pudełko, wita mnie mocny, sianowaty i dość ostry aromat, od którego aż lekko szczypią oczy po głębokim wdechu. Przyznam szczerze, że można by było się pokusić nawet o opinię, iż gdzieś w tytoniu tym ukryty został mentol. Mąż kuzynki nie chciał mi uwierzyć za nic w świecie, że go tam nie ma. Po otwarciu pudełka wita nas folia, w której tabaka jest przechowana, a sam aromat się nasila. Forma jej to bardzo ciemny brąz, niewątpliwa sypkość, raczej suchość, grubawe zmielenie.

Zażycie i przenosimy się umysłem w końcówkę lata, kiedy dni coraz szybciej chylą się ku końcowi, zboża ścięte, w postaci siana suszą się po polach, a od gorąca przysycha trawa. Widać też pierwsze żółknące liście, a klimat przechodzi powoli w stan corocznej surowości. Tam biegnie moja wyobraźnia, jednak w nosie jest sam tytoń, sama Virginia. Lubię go i jest on chyba najbardziej charakterystyczny wśród wyrobów tabaczanych. Tak naprawdę ciężko porównać ten aromat do czegoś innego, gdyż każda roślina, siano, sucha trawa pachnie inaczej, jednak czuć, iż jest to zapach ususzonej rośliny, jaką jest tu tytoń. Jest pięknie, surowo i doniośle. Co ciekawe, aromat jest dość surowy, jednak potrafi orzeźwić, jakby w niej drzemał jakiś mentol, którego nie ma. Zaiste świetne doznanie.

Tabaka ta przenosi mnie myślami na przełom lata i jesieni. Idealnie wpasowuje się w lekko chłodny już klimat ostatnich dni, kiedy żółknące liście kąpią się ostrych promieniach słońca. Jedno zdanie ukradnę z recenzji Konserwatysty:

To jest tabaka.

+ Tabaka+ Klimatyczne opakowanie+ Aromat - Opakowanie średnio nadaje się na tabakierę, którą można gdzieś zabrać
Łukasz W. TOP recenzent
5,0

Gekachelter Virginie Dunkel

Od początku wiedziałem, że to nie będzie łatwa recenzja. W przypadku wielu wymyślnych tabak łatwo jest opisać rozmaite aromaty odwołując się do rozmaitych wrażeń przede wszystkim węchowych ale również kolorystycznych czy dotykowy. Jak opisać aromat tytoniu? Tytoń to tytoń. Więcej oprócz doskonałej jakości Virginii tu nie ma i to jest właśnie w Gekachelter Virginie piękne. Nieco przesadzam bo daje się wyczuć pewną ciężkawą kwaskowatość przywodzącą na myśl czasem jakby rodzynki, innym razem kadzidło znane z innego Bernarda - Alt Offenbacher Köstlich. Gekachelter nie jest jednak jak można się domyślać tabaką ciężką. Aromat jest całkiem lekki, rześki i ciepły jak słoneczny dzień jesienią. Piękny ciemny kolor, doskonałe średnie zmielenie, przyjemna wilgotność na granicy niskiej i średniej. Genialna zachowawcza tabaka którą niektórzy określiliby jako "wehikuł czasu".

+ naturalny doskonałej jakości tytoń bez żadnych dodatków (czy trzeba jeszcze jakiejś innej zalety?) - trzeba mieć tabakierkę
4,9

Wilcza tabaka

Tabakę tę, podobnie jak Cardinala(recenzja wkrótce), otrzymałem niecały miesiąc temu, na urodziny (o zgrozo, od mamy, która wszak nie popiera używek żadnego rodzaju). Niemal wyrwałem ją z jej rąk, rozpakowałem i przesypałem do jednej z pozostałych po tytoniu fajkowym puszek. Taki to mój sposób na większe ilości tabaki - przesypać do puszki a z niej czerpać bardziej podręcznymi WoS-ówkami. No to niuch!
A to mnie zaskoczyła! Czegoś takiego się nie spodziewałem - wyrazista, mocno fermentowana, pozostawiająca w nosie miły, acz trudny do sprecyzowania, aromat na bardzo długo. Jeden z aspektów zapachu wybitnie mnie zaciekawił - spotkałem się w swoim życiu z czymś podobnym i długo musiałem się zastanawiać, cóż to takiego jest. Aż wreszcie olśnienie - czuć wilkiem! Pewnie każdy, kto chociaż raz był w zoo kojarzy ten smrodek wydobywający się z wilczego wybiegu. Tutaj jest to samo, z tym, że jakimś cudem ten smrodek jest... przyjemny! Nie dla wszystkich oczywiście - większość z poczęstowanych przeze mnie osób zdecydowanie odrzucił, ktoś przyrównał to nawet do zapachu brudnych skarpetek... No cóż, z tabak, z którymi się spotykałem i które określano jako "nie dla wszystkich", ta jest przeznaczona dla wybitnie wąskiego grona odbiorców - osób, które nie gustują w fikuśnych, mainstreamowych tabakach. Osób przedkładających wyrafinowany, złożony, interesujący, nietypowy etc. etc. zapach. A tą zachciankę tabaka spełnia w stu kilku procentach.

+ Bardzo interesujący i piękny zapach+ Nietypowa+ Tradycyjna+ Aż 50 gram!+ Piękne acz niepraktyczne opakowanie - Zdecydowanie nie dla wszystkich- Trzeba dysponować pustą tabakierą
Patryk M. 7 października 2012

Sam się przymierzam od bardzo dawna do jej zakupu ,słyszanemu że jest bardzo ale to bardzo dobra .

Piotr TOP recenzent
5,0

Kult

Ciemna, przypiekana Virginia. Bez żadnych dodatkowych aromatów, po prostu czysty, bardzo mocny tytoń. Może to ta ponadprzeciętna moc, może żółty kolor kartonowego pudełka, pełniącego rolę tabakiery, w każdym razie skojarzyła mi się ta tabaka z pewnym legendarnym tytoniem fajkowym – Samuel Gawith Full Virginia Flake. Kto nie palił FVF, kto nie dusił się jego gęstym, sinym i cholernie mocnym dymem, nie może nazywać siebie samego prawdziwym fajczarzem – żółtodziobem, adeptem, newbie – owszem, ale nie fajczarzem. FVF ma w środowisku fajczarskim status graala, tytoniu idealnie pełnego, skończonego, fajczarskiego absolutu, cudu, dotkniętego Iskrą Bożą, którego palenie jest jakąś tajemniczą modlitwą, formą nabożeństwa, sakramentem. Gekachelter ma wszelkie zadatki na tabaczny odpowiednik tegoż tytoniu, zadatki by stać się obiektem równie fanatycznego kultu. A może już tak jest? Tuż po otwarciu kartonika, rozchodzi się surowy, przepiękny virginiowy aromat – ten sam, z którym mamy do czynienia w bliźniaczym, równie genialnym, snuffie od Bernarda – w Feiner Offenbacher Cardinalu. Po zażyciu spływa na nas drapiąca w gardło, chropowata moc ciemnobrązowego, suchego i średnio zmielonego tytoniu, dodajmy – tytoniu wyszukanego, najwyższej jakości, elitarnego. Dziwne to uczucie, jakby ktoś jeździł zardzewiałym sierpem po tafli szkła, a szklane opiłki sypał nam prosto do gardła. Nie będę ukrywał, że to tabaka dla koneserów, dla konserwatystów, zaklętych w kręgu własnych tabacznych fobii, dla filozofów dobrego smaku i formalistów negujących wszelkie postępowe treści, dla wariatów i zboczeńców. Noty: 5 gwiazdek za pudełko, za smak najchętniej dałbym 6. Arcydzieło!

+ produkt kultowy, - jakie minusy?
4,8

Z pewną taką nieufnością....

Poszukiwałem jakiejś nowej tabaki i przeglądając oferty wpadło mi w oko to żółte, tekturowe pudełko. 50g tabaki - ciekawie jak dla mnie. Nie szukałem opinii ani opisów, zaufałem opisowi sprzedawcy. Przyszła paczuszka. Z ciekawością wyjąłem to żółte pudełeczko, otwieram i.... oniemiałem!!! Poczułem się jakbym miał 10 lat i siedział na podłodze w domu u mojego dziadka a on opowiadając nam bajki przez siebie wymyślane, od czasu do czasu wyciągał szklaną buteleczkę po lekach i zażywał.... Właśnie coś takiego!!! I kto wie czy to właśnie takiej tabaki nie używał dziadek. Teoretycznie to jest możliwe, bo w czasach komunistycznej "posuchy" na WSZYSTKO, prywatny import towarów kwitł. Tym bardziej, że na Kaszubach tabaka była, kontakty też były... Kto wie, kto wie?
Co do wrażeń po zażyciu to mój przedmówca napisał wszystko. Nic dodać nic ująć.

+ Naturalna+ nie zbyt ciężka+ raczej nie spływa do gardła+ nie ma mentholu (dla mnie to zaleta) - Opakowanie (trzeba dysponować pustą tabakierką)
5,0

Tabaka

Nie ma przypadków, są tylko znaki - to słowa x. Bronisława Bozowskiego. Zostawmy kwestię czy jest to prawdą czy nie. Najważniejsze - w tym przypadku - jest to, że te słowa pasują jak ulał do omawianej tabaki. Żółty i czarny kolor tego tekturowego pudełka kojarzą się z Austro - Węgrami (flaga Habsburgów), z tymi c.i.k. urzędnikami, których Szwejk całował po rękach. Ta kropla starych, konserwatywnych dziejów to nie wszystko. Żółć i czerń łączą - i tutaj proszę o uwagę - z...Kaszubami. Jakby to powiedział Lech Wałęsa: "No, myly państwo!". Jak tu nie przyznać racji x. Bozowskiemu? Forma Tak jak szklana butelka Coca-Coli o pojemności 0m33 (stylizowana na Mae West) jest ideałem kobiecych kształtów, tak i "G" jest wzorem tabaki biorąc pod uwagę jej "warunki zewnętrzne". A jako że mężczyźni - podobno - zwracają uwagę tylko na wygląd, nie sposób pominąć tutaj tej kwestii. Bardzo ciemny brąz - jak dobra czekolada i sumienie porządnego oprycha. Choć z "obcymi rasowo elementami" czyli jaśniejszymi drobinami zmielonego tytoniu. Przy tym grubo zmielona i z cudnym tłuszczykiem. Pływam w niej. Ach, gdyby dało się się wskoczyć do tego malutkiego pudełeczka! Zazdroszczę Liliputom z "Przygód Guliwera"! Niech ABW i CBŚ zajmą się wszystkimi tabakami a'la Twiggy. Ta tabaka ma na czym usiaść i czym oddychać. Tak, teraz mam ją przed oczyma w kobiecej postaci - Józefina Baker w spódniczce z bananów. Muszę jednak oddać sprawiedliwość innej kobiecie: Marlenie Dietrich czyli "Doppelaromie". Jedyna tabace, która jak na razie równie mocno zauroczyła mnie swoim wyglądem. Idzie łeb w łeb z "G", jednak ta ostatnia wyprzedza ją w ostatnim okrążeniu... Treść Zażyć "G" i umrzeć - parafrazując słynne powiedzenie o Neapolu. Na moje usta ciśnie się stwierdzenie - na razie wypowiadam je półgębkiem - że to kres moich poszukiwań. Zakładam obrączkę - nie ratujcie mnie!. Tytoń i nic innego, dzięki Bogu, tu nie ma. Mocny niczym pięść niszcząca laptopy pana Ziobry. Męska jak Andrzej z "Noża w wodzie", oraz ciut dzika, a więc mająca coś w sobie z posła Łyżwińskiego. Lecz przede wszystkim stanowcza jak Jarosław Kaczyński. Aromat nie jest jednak ostry czy piekący, jak to jest w przypadku niektórych tabak niearomatyzowanych. Niezwykle pyszne fermentowane, podwędzane wątki rozpływają i rozlewają się jak dobry porter w gardle- niech będzie, że jestem synestetykiem. Gdy tylko przypomnę sobie aromat "G" ilość endorfiny w moim mózgu zwiększa się trzykrotnie. Jestem łasy na prawdę, mam wręcz obsesję na jej punkcie, a więc "G" mnie podnieca... Pokuszę się o lekkie nadużycie i napiszę, że ksiądz Benedykt Chmielowski (ten od konia, który jaki jest każdy widzi) powinien był napisać w swojej encyklopedii - gdyby miał ku temu odpowiednią sposobność - że tabaka to "Gekachelter Virginie dunkel". Bracia Bernard po kolejny mnie nie zawodzą. W świecie tabak, które mogłyby być dodawane do "Tele Tygodnia", ciągle produkują takie cudeńka jak "G". Nadużyciem już nie będzie gdy powiem, że po "G" powinien sięgnąć każdy szanujący się amator tabaki.

"Kto mi powie: Gekachelter
marny jest, bo nie czuć malin.
W łeb mu strzelę z broni "Walther"
w mieście, w którym umarł Stalin."

+ To jest tabaka. - Brak.

Dodaj swoją recenzję

Recenzje mogą dodawać zalogowani użytkownicy.