Ratafia wieloowocowa
Firedance jest jedną z tych niewielu tabak wywołujących we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony - jest to wyrób pod każdym względem oryginalny i najwyższej jakości. Z drugiej - pewne jej cechy zniechęcają mnie do częstego zażywania, a przez to ta recenzja czekała na napisanie bardzo długo. Do jej napisania ciągle czegoś mi brakowało. Tak jak w układance brakuje jednego puzzla. W końcu, przypadkowo, "zaskoczyło" jedno skojarzenie aby utworzyć pełen obraz. Ale wszystko po kolei.
Kiedy Firedance trafiła w moje ręce dwudziestopięciogramowe puszki Samuela Gawitha znane były nielicznym, przede wszystkim tym, którzy weszli w posiadanie Elmo's Reserve, Firedance albo któregoś z Vikingów. Dziś na szczęście są dostępne w ofercie wielu sprzedawców i mam wrażenie, że wypierają plastikowe tabakierki. W przypadku takich tabak jak Grousemoor, Wild Duck, Scotch Black czy omawiana w tej recenzji, ma to niebagatelne znaczenie, gdyż hermetycznie zamknięta puszka zachowuje zawartość w stanie nienaruszonym. Mój egzemplarz, chociaż rozhermetyzowany dwa lata temu, nadal zachował świeżość jak w dniu otwarcia. Oczywiście nie zawsze możemy liczyć na taką trwałość tabaki po otwarciu puszki. Np. Elmo's Reserve leżąc przez jakiś czas nieotwierany i tak stracił sporo ze swojej jakości. Stara etykieta Firedance (a taką właśnie posiadam) wyglądała identycznie (poza nazwą) jak w większości wyrobów Samuela Gawitha. Górna część nalepki ma malinowe tło, błękitny pasek z nazwą blendu, a poniżej duży błękitny napis "snuff". Dolna to ostrzeżenie o szkodliwości. Nowa etykieta podkreśla wyjątkowość produktu. Jest na niej rysunek tancerki w pomarańczowej sukience na białym tle i ukośnie napisana nazwa. Zniknęło ostrzeżenie o szkodliwości.
Konsystencja tabaki to cecha czasami pomijana w recenzjach, jednak w tym przypadku byłoby to niewybaczalne zaniedbanie. Jest ona bowiem doskonała. Czekoladowo-brązowy tytoń został zmielony bardzo starannie i jednolicie na drobiny średniej grubości. Wilgotność jest trochę większa od średniej, przy czym proszek nie zlepia się w grudki i zachowuje puszystość.
Po otwarciu tabakierki uwalnia się z niej silny owocowy aromat. Jest on trudny do sprecyzowania, trochę mdławy i trąci sztucznością - jak w kiepskiej jakości owocowo-podobnych napojach lub słodyczach. Jednak po zażyciu jako pierwsze pojawia się alkoholowe uszczypnięcie, które szybko znika, zastąpione wspomnianymi "landrynkami". Po nieco dłuższej chwili smak owocowy traci sztuczność i staje się bardziej naturalny, słodki ale nie przesłodzony ani zbyt nachalny. Można też wyczuć nutkę wanilii i alkoholowy posmak gdzieś na granicy percepcji. Ten element kompozycji jest najprzyjemniejszy i sprawił mi najwięcej trudności w recenzji. Długo nie mogłem znaleźć odpowiedniego skojarzenia, pozwalającego na domknięcie opisu. Najbardziej trafne wydaje mi się porównanie do owoców pozostałych po zlaniu nalewki - słodkich, aromatycznych, wciąż pachnących alkoholem. Nie potrafię określić jakie to są owoce: brzoskwinie, czereśnie, porzeczki, truskawki czy jeżyny? Przyjąłem więc, że ta nalewka musiała być ratafią, w której mogą się znaleźć dowolne owoce, w różnych proporcjach, dodawane przez cały sezon w miarę jak dojrzewają. Kto robił lub pił taką nalewkę ten wie, że nie sposób doszukać się w jej smaku poszczególnych gatunków, a skład ratafii pozostaje tajemnicą jej twórcy. Tak też jest z Firedance. Próba jej opisania nie ma na celu jednoznacznego odkrycia składników aromatu, a jedynie najlepsze przybliżenie czytelnikowi tej szlachetnej tabaki.
Na koniec została przysłowiowa łyżka dziegciu. Pierwszą cechą Firedance zniechęcającą mnie do częstego sięgania po puszeczkę jest początkowa sztuczność owocowego smaku. Drugą jest wysoka zawartość nikotyny. Jeśli o jakiejkolwiek tabace można powiedzieć o "nasyceniu" się nią, to na pewno będzie tak w przypadku Firedance. Można też nazwać to "ciężkością" tabaki. Właśnie dlatego, choć jest to bardzo dobra tabaka, nie mam zbyt często ochoty po nią sięgać.
