Cóż, do napisania tej recenzji zbierałem się bardzo długo. Często tak jest, że coś nowego określić można szybko, często trafnie, bez większego wahania. A gdy przychodzi do czegoś, z czym obcuje się przez dłuższy okres czasu, to sprawa wydaje się być trudniejszą. Tak jest ze mną i z Brasil Feinstem. W momencie, gdy krążyły słuchy, że zamknęli bezpowrotnie firmę Bernard, wraz z paroma znajomymi postanowiłem kupić trochę większe zapasy tejże Bawarskiej przyjemności.
No i w moje ręce wpadła saszetka mieszcząca 100 gramów tabaki, cała biała, lekko naderwana w jednym miejscu (taśma szybko rozprawiła się tym problemem). Saszetka przedstawia prostokąt z Bawarczykiem zażywającym tabakę (znanego już z innych wyrobów Bernard) i napisami informującymi o nazwie wyrobu. Tak naprawdę nic specjalnego, kolorowego nie ma. Jest prosto, elegancko i klasycznie. Można rzec, że to chyba pierwszy opis tutaj tej tabaki nie z pudełka, ale z saszetki właśnie. Dla mnie sporym plusem jest tutaj zacisk dodany do torebki, w celu zamykania jej zawartości przed wietrzeniem, czego w wielu saszetkach nie ma.
Po otworzeniu pierwszy raz, te kilka lat temu, czułem się jak małe dziecko jedzące ulubionego loda. I to wcale nie dlatego, że tabaka zawiera aromat, który jest moim ulubionym, ale mimo wszystko bardzo lubianym. Takie połączenie jakby kakaa z delikatną nutą jakiegoś owocu, dającego woni przyjemną słodycz. Jak się mocniej wczuję, to mój nos rejestruje takie cuda, jak chyba śliwki i banany, jednak zaznaczam, te aromaty są ciężkie do wyśledzenia i może to być moja pomyłka w określeniu tego. Sama tabaka jest bardzo tłusta, ciemna, wręcz czarna. Zbijanie się w grudki to żadna nowość i trzeba się do tego przyzwyczaić. Tak, pierwsze sypnięcie na rękę i pojawiła się na niej zbitka tytoniu przypominająca mały kamień, a nie tabakę. Dopiero miażdżące palce pokazały jej urok w całej okazałości i to, jak lubi się lepić do ciała. Jak to w schmalzlerze, tytoń jest gruby i ciężki.
No, ale czytając recenzję, każdy chce wiedzieć, co w sobie kryje ów dzieło, i czy można dodać do niej przedrostek arcy-. Cóż, powiem szczerze, że jako takiego aromatu śliwkowego na początku tam nie mogłem uraczyć. Cieszyła mnie mieszanka kakaowo-czekoladowa z domieszką lekkiego słodkiego zapachu. Tabaka pomimo swojej ciężkości nie przytłaczała sobą, ani, co mogę stwierdzić po zużyciu około 70 gramów, nie znudziła się. Zazwyczaj zażywałem ją w większych kupkach, lecz gdy zmniejszyłem ilość aplikowaną do nosa, ów słodki posmak nabrał śliwkowatości. I nie mogę tutaj pominąć faktu, że ja, we własnej osobie i dziurce nosa, nie wyczuwam tutaj wyraźnego, wędzonego aromatu, znanego chociażby z Aecht Altbayericher Schmalzler. Cóż, przed chwilą zażyłem i będę podtrzymywał swoje twierdzenie, jest świetna! Tylko boli gardło po spłynięciu nań, ale taki już urok tych "twardzieli".
Choć nie mógłbym powiedzieć, że jest to tabaka idealna czy najlepsza spośród Bernardów, które próbowałem, to zasługuje u mnie za szczególne miejsce w kolekcji, jak i w doznaniach smakowych. Jest moim idealnym uzupełnieniem do każdej innej tabaki, jaką posiadałem, zawsze gości w mojej kieszeni obok tej drugiej, zawsze czeka na swoją kolejną przygodę w moim nosie. I tylko smutek mnie ogarnia, jak pomyślę, że kiedyś się skończy, że chwilowo nie kupię drugiej takiej saszetki, a zostanie mi tylko małe, 10-gramowe pudełeczko na pocieszenie. I choć może ta recenzja nie jest jakaś specjalnie wykwintna, lekko przydługawa, to tabaka ta jest dla mnie szczególna. Mam nadzieję, że tylko nikogo nie zanudziłem...