Tajemnica zielarza
Do kupna Golden Glow Samuela Gawitha miałem dwa powody. Pierwszy - poznałem już kilka znakomitych wyrobów tej firmy i byłem (wciąż jestem) przekonany, że jeśli nie są one wyśmienite to przynajmniej ciekawe. Drugi - kompletnie nic nie wiedziałem o tej tabace; odezwał się we mnie instynkt odkrywcy.
W metalowej, solidnej puszce nie znalazłem tabacznego Graala, ale to odkrycie jest i tak interesujące. Choć na pierwszy rzut oka drobny, jasnobrązowy proszek przypomina wiele innych produktów Samuela Gawitha to nos podpowiada, że mamy do czynienia z czymś niespotykanym. Nad tabakierą unosi się dość silny ziołowy aromat. Nie potrafię go do końca określić, a jedyne adekwatne skojarzenia to sklep zielarski lub stara apteka. W celu identyfikacji tego ziela przeszukałem angielskie internetowe serwisy tabaczne i okazało się, że w kraju pochodzenia tabaki autochtoni określają ten zapach jako "wintergreen". Jest to potoczna angielska nazwa golterii rozesłanej, rośliny leczniczej z rodziny wrzosowatych, z której m.in. pozyskuje się olejek eteryczny. Zażywam aby przekonać się, czy odkryję coś jeszcze. Pomimo drobnego zmielenia Golden Glow jest łatwa w zażywaniu dzięki średniej wilgotności. To zasługa hermetycznie zamkniętej puszki, która zachowała wewnątrz aromat i konsystencję świeżej tabaki. Ziołowy aromat w nosie się nie zmienia. Pojawia się natomiast średniej mocy mentol, wywołując bardzo przyjemne uczucie chłodu. Podejrzewam, że bez niego cierpki, ziołowy zapach byłby trudniejszy do zniesienia. Smak Golden Glow jest bardzo trwały i nawet po oczyszczeniu nosa we wdychanym powietrzu da się go wyczuć.
Zażywając tą tabakę, często dręczyła mnie myśl, że dobrze znam ten zapach, chociaż nigdy nie miałem do czynienia z rośliną zań odpowiedzialną. W końcu przyszło olśnienie. Tak smakują (a może smakowały) ziołowe pasty do zębów. Ta konstatacja wyjaśnia, dlaczego nie udało mi się polubić Golden Glow, choć nie potrafię niczego zarzucić jakości wykonania tej tabaki.
