Na tabaczanym rynku istnieją różnego rodzaju tabaki: przeciętne, paskudne, chemiczne, dobre i bardzo dobre, a nawet całkiem spore grono tabak wybitnych, genialnych i niecodziennych. Są tabaki proste w odbiorze, jak i te o złożonych, skomplikowanych aromatach, a nawet takie, które wydają się dziwaczne i pokręcone. Jednak cholernie mało jest tabak magicznych, tabak, które potrafią na nowo rozpalić w człowieku tabaczaną pasję. Dziś pragnę opowiedzieć Wam co nieco o takim właśnie wyrobie.
Bayern-Prise. Halb-schmalzler. Te dwa niepozornie słowa od wielu lat kłębiły się w mojej głowie, była to jedna z tych tabak, których od początku mojej przygody z tą używką chciałem spróbować (wbrew pozorom dinozaurów już wtedy nie było). Niestety, zawsze coś stało na przeszkodzie, aż z czasem przestałem interesować się tabaką, zarzuciłem działalność w serwisie i na innych forach, a zażywanie przestało być elementem dnia codziennego. Czas mijał, a tabaka odchodziła w zapomnienie, aż pewnego chłodnego, lutowego dnia, przy okazji drobnych zakupów w lokalnej trafice, mój wzrok natrafił na niepozorne, błękitne pudełeczko. Bawarska krata, stare, jakże doskonale znajome logo Poschla, kształt, który wielokrotnie gościł w moich dłoniach, to wszystko wzbudziło we mnie tęsknotę. Istniała tylko jedna możliwość, z niezachwianą pewnością siebie w głosie powiedziałem do ekspedientki: Poproszę jeszcze tę tabakę. Wyszedłem ze sklepu, zerwałem plombę, nasypałem odrobinę proszku na dłoń, zażyłem. I od tego momentu wszystko się zmieniło…
Ale, ale, zapytacie mnie zapewne cóż jest tak wyjątkowego w tej tabace, co sprawiło, że akurat właśnie ta, a nie inna, tabaka na nowo rozbudziła uśpioną pasję? Już spieszę z odpowiedzią. Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, zachwyciłem się opakowaniem tej tabaki, bije od niego prostota, lecz jest to prostota świadoma, w pewnym sensie wyrafinowana. Niby zwykłe gletcherowskie opakowanie, utrzymane w podobnej kolorystyce, lecz posiada nieodparty urok, który cieszy oko.
Oczywiście opakowanie stanowi tutaj jedynie element dekoracyjny, to jego zawartość otrząsnęła mnie z tabaczanego marazmu. Zacznę od zmielenia, gdyż jako pierwsze rzuciło mi się w oczy. Niby wiedziałem, że będę miał do czynienia z halb-schmalzlerem, ale Bayern-Prise różni się od innych tego typu wyrobów (Zwiefacher, Królewska). Powiedziałbym, iż mamy tu do czynienia z mixem schmalzlera i snuffu w proporcji 1:1, gdyż możemy zaobserwować zarówno bardzo grubo zmielone ziarna, trochę średnich, sporo drobnych, a nawet ciupkę pyłu tabaczanego, całość jednak jest tak dobrze wymieszana, iż sprawia wrażenie przeciętnego, średniego zmielenia, charakterystycznego dla tej firmy. Cudownie jest obcować z tak bogatą fakturą.
Wilgotność też jest nietypowa, bowiem z jednej strony tabaka wydaje się być sypka i suchawa, by zaraz potem uraczyć nas sformowaniem tłustawej grudki. W nosie jest podobnie, gdyż z jednej strony czujemy tłustość i wilgoć schmalzlera, lecz niektóre drobinki tabaki potrafią zachować się jak prawdziwy angielski pył. Dlatego też prawie każde zażycie tego wyrobu jest niezwykle ciekawym doznaniem.
Wszystko co do tej pory powiedziałem, wszystkie te „ochy i achy” są jednak niczym wobec aromatu Bayern-Prise`a – to prawdziwy mix tradycji i nowoczesności, a także doskonały przykład na to, iż halb-schmalzlery to jedne z najciekawszych tabak, jakie istnieją. Czujemy typowy dla schmalzlerów, brazylijski tytoń, jednak nie jest on przytłaczający, stanowi tło dla reszty aromatów. Pierwszym z nich jest mentol, chociaż mam wrażenie, że słowo „mentol” nie oddaje dobrze tego, co możemy poczuć. Powiedziałbym raczej, że jest to mieszanka orzeźwiających aromatów, w której główną rolę gra mentol, wyczuwam tam też coś na podobieństwo olejku kolumbijskiego, trochę ziołowego posmaku, może ociupinkę czegoś dymnego. Są to drobne, subtelne nuty, lecz sprawiają, iż nie można powiedzieć, że Bayern-Prise zawiera mentol. To tak jakby powiedzieć, że Gold Mull pachnie lawendą. Wydawałoby się, że wspomniany wyżej, dosyć współcześnie wyglądający mix będzie się gryzł drugim aromatem, mianowicie z silnym, czekoladowo-kawowym zapachem. I tutaj też nie można użyć jednoznacznie słów: „kawa” i „czekolada”, bowiem pojawia się wśród nich woń nalewki śliwkowej, bądź też śliwek w likierze, znana chociażby z tabak kaszubskich, a także odrobina melasy, rumu, może araku. Nuty zbożowe (coś a la kawa zbożowa) też czasem nieśmiało podnoszą głowę, a i czekolada migruje pomiędzy 70 a 30% kakao. Całość jest raczej słodka, intensywna i bardzo aromatyczna, lecz dobrze wyważona. Trzeba ponadto pamiętać, iż wszystko wciąż przeplata się z tytoniem, tworząc cholernie dynamiczną, wiecznie zmieniającą się mieszankę.
Do tej pory zużyłem już trzy opakowania tej tabaki, a wciąż mam wrażenie, iż do końca jej nie odkryłem, gdzieś tam we wnętrzu następnej tabakierki czai się ukryta tajemnica. I to jest właśnie magia, o której wspominałem na początku, moc sprawcza, dzięki której wciąż na nowo możemy odkrywać ten wyrób, wracać do niego po okresach przerwy i być tak samo zaskoczonym, jak przy pierwszym zażyciu.