Piękna "Irlandka"
Moja „Irlandka”. Cóż ja bym zrobił bez mojej „Irlandki”. Byłbym człowiekiem smutnym, zgorzkniałym, można wręcz rzec: niekompletnym. Na całe szczęście spotkałem „Irlandkę” i na chwilkę zapomniałem o mojej surowej pani: Ice Liquorice. Z pewnością dosięgnie mnie jej karząca ręka, ale dopóki mogę się cieszyć tym romansem, dopóty nie zważam na konsekwencje.
„Irlandka” to dziwna kobieta, pełna sprzeczności, trochę zagubiona i nieprzystosowana do świata, w którym się znalazła. Jak zapewne zdążyliście zauważyć cały czas używam cudzysłowów, kiedy o niej mówię. Cóż ich użycie jest w pełni uzasadnione, bowiem „Irlandka” wcale na Irlandkę nie wygląda. Nie ma rudych włosów, jasnej, piegowatej cery, czy pełnych, krągłych kształtów. Nie moi mili, moja „Irlandka” to kruczowłosa, zwinna, lekka, drobna, śniadolica, czarnooka i niewinnie uśmiechnięta dziewczyna. Jaki facet przeszedłby obok niej obojętnie?
Jednak to nie jej powierzchowność ujęła moje serce, lecz zapach. Niezwykle kobiecy zapach, przypominający świeżą kawę pitą nad ranem, po upojnej nocy, wzmocniony wysublimowaną nutą dobrej whisky i słodyczą śmietany. Czasami siadam w fotelu niedaleko „Irlandki” zajętej codziennymi sprawami i chłonę tą przecudną, silną woń, woń, która utrzymuje się w pomieszczeniach na długo po tym, jak ma ukochana je opuści. Dzięki temu nie tęsknie tak mocno.
Codziennie zastanawiam się: jak długo jeszcze potrwa nasz związek? Wiem przecież, że nie jest to kobieta mego życia. Jest piękna, powabna, i w pewnym sensie niewinna, lecz brak jej dojrzałości, ona nigdy nie dorośnie, zawsze będzie młodą, rozmarzoną i nieco zagubioną dziewczyną. Cóż kiedyś będę musiał ja opuścić, powrócić z podkulonym ogonem do mej prawdziwej Pani. Ale jeszcze nie dziś, stanowczo nie dziś.
TOP25