Blast Gin & Tonic
Gin z tonikiem to bardzo ciekawy drink i bodaj jeden z najsłynniejszych na świecie. Każdy kto choć raz miał okazję delektować się ową kombinacją był wielce uradowany na pyszczku. Ten nektar, który najpierw dotyka naszych ust, następnie łechcze podniebienie, by w końcu trafić przez żołądek do naszych serc. Dlategom rad jest, że w zakamarkach tabacznego świata można gdzieś znaleźć takie twory, które w jakimś stopniu odzwierciedlają tę mieszankę. Ach, doskonały aromat Bespoke Gin & Tonic aż nasuwa mi się pod dziurki nosowe. Te miłe wspomnienia delektowania się aromatem niczym lord. To były dopiero czasu. A teraz tu przede mną oto ta indyjska kreatura: Blast Gin & Tonic.
Daleko tej tabace, to takiej kreacji jak wspomniany Bespoke i daleko jej również do oryginału, którego aromat miała rzekomo przypominać. Jednak jest pewna rzecz, która rzeczywiście ma całkiem spory związek z ginem i tonikiem, a mianowicie ulotność smaku. Zapewne jest to ten sam chwyt, który Toque stworzyło nazywając pewną anyżową tabakę - Champagne. Sugerował się wtedy faktem, że w trakcie zażycia można nawet poczuć bąbelki jak w prawdziwym, dobrym szampanie. Tutaj też była ta ulotna chwila, ale chwila, która już uszczęśliwiała.
Nie inaczej jest w przypadku Blast Gin & Tonic. Pomijając fakt, że tej małej, czarnej tabakierce została umieszczona etykieta nijako poniżając ten szlachetny trunek. Bo czymże jest marketingowy chwyt kolorystyczny i motyw popkulturowy o jasno-zielonych odcieniach w porównaniu z kunsztem ginu z tonikiem? Niemniej jednak, skrywa ono tabakę drobnozmieloną o miłym i przyjemnej słodkiej woni - ale nijak nie da się wyczuć wydobywającej się z niej potęgi ginu.
Również zażywanie tego produkt nie wskazuje na żaden ślad tego trunku. Jedyne co można wyczuć to słodziutki tytoń, który w ogóle nie gryzie nosa (o ile ktoś umie zażywać bardzo sypkie tabaki jak ja - hero). Byłaby to całkiem przyjemna tabaka czystotytoniowa gdyby nie fakt, że przeplata się gdzieś w naszych dziurkach nosowych dość specyficzny akcent. Gdzieś jest i gdzieś znika, jest i go nie ma. Jakby przysłowiowe "bąbelki w szampanie" da się skądinąd wyczuć zapach ginu. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to zapach pustej szklanki po tym drinku... i jest to tak smutne, jak pusta szklanka po moim drinku. Chcę więcej, ale więcej nie dostanę... Pozostał zatem tylko aromat, który gdzieś utkwił w szklanym wymiarze.
Odczuwam niedosyt, ale smaczny niedosyt.
TOP25