Książęta herbu geranium.
Odkąd wyleczyłem się z Poschla, mam ochotę na próbowanie tabak (dla mnie) egzotycznych. Do zakupu Fribourg & Treyer przez dłuższy czas zniechęcało mnie duże (28g) opakowanie. Przy moim przerobie jest przynajmniej trzy razy za duże. W końcu jednak trafiły w moje ręce. Oto recenzja pierwszej z nich, Princes.
Opakowanie bardzo zacne, wysoka, okrągła puszeczka z gustownymi napisami po bokach. Zakręcana na gwint. Podejrzewam, że z czasem będzie coraz ciężej dostać się do tabaki i wziąć szczyptę, szczególnie jeśli ktoś ma grube palce. Ale od czego są tabaczane łyżeczki czy chociażby niezbędnik fajczarza. Cztery i pół gwiazdki.
Konsystencja drobno zmielona, ale nie pylista. Wilgotna. Kolorystycznie praktycznie czarna z maluteńkimi jaśniejszymi drobinkami. Przyjemnie się ją wciąga, nie spływa, nie odczuwam też potrzeby opróżnienia nosa po kilku minutach.
Po otwarciu opakowania do nosa dociera złożony, trudny do opisania aromat tytoniowo-kwiatowy. Zazwyczaj natychmiast po wciągnięciu czuję przyjemne łaskotanie i tytoń (ponoć z Zimbabwe). Po chwili pojawia się aromat kwiatów, róży i geranium a właściwie geranium, róży i czegoś jeszcze, chyba jest to piżmo. Zapach tytoniu pozostaje, nie daje się zepchnąć na drugi plan, z czasem staje się zapachem dominującym, długo utrzymującym się w nosie. Jak dla mnie jest on ciut zbyt nachalny. Nie wyczuwam żadnych perfum, czy sztuczności pod jakąkolwiek postacią. Co ciekawe za każdym razem aromat wydaje się odrobinę inny. Np. teraz, pisząc tą recenzję; przed chwilą przed orkiestrę złożoną z kwiatów i tytoniu wyszedł solista, ku zaskoczeniu wszystkich - pan cytrus. Nie jest to tabaka którą można zażywać co chwilę, raczej odświętna - jest nazbyt "ciężka". Poziom nikotyny średni, taki jak lubię. Tabaka bardzo dobra, ale nie pyszna, cztery i pół gwiazdki.
TOP25