Motyl- The Freshmaker
Wyobraźmy sobie cytryne, która nie wiadomo skąd wzięła się na biegunowym lodowcu.
- Tak właśnie wspominam moje pierwsze chwilę z Butterfly Lemon.
Niestety przyszła odwilż- cytryna straciła swoją arktyczność, a zamiast lodowca zostały kostki lodu.
- Tak właśnie odczuwam to dziś, kiedy "Motyl" leżał już długo w pudełku.
No tak, coś co na początku było niezłym kopem, i miałem nadzieje, że nieźle namiesza w mojej hierarchii bez tytoniówek, na dzień dzisiejszy nie tylko nie robi na mnie wrażenia, ale budzi już negatywne doznania.
Gdy pierwszy raz wysypałem z niej małą bryłke- uznałem że to moja wina, bo choć nie pamiętałem takiej sytuacje- realnym było, że miałem ją w kieszeni podczas deszczu.
Ale, kiedy ostatnio po długim czasie wziąłem pudełko i potrząsnąłem nim, zastanowiłem się czy nie przechowuje w nim guzików (okazało sie oczywiście że to duże bryłki tabaczane)- więc to w żadnym wypadku nie moja wina- zbrylenie wystąpiło samoczynnie...
Jednak muszę jej dać chociaż taką ocenę, choćby za wspomnienia, kiedy to po wciągnięciu większej ilości i wciągnięciu powietrza ustami odczuwało się mega efekt lodowego gardła :p (choć później przeważnie następował wyciek z nosa).
Wszystko mamy zaserwowane w dość ładnej, ciekawej tabakierce, za którą z czystym sumieniem mógłbym wlepić 5 gwiazdek, ale... naklejki zaczęły mi lekko odchodzić; choć przy moim użytkowaniu większość tabakier potrafi polec :p
Czy mogę ją polecić? W sumie tak. Każdemu kto będzie potrafił zużyć 10g beztytoniówki w dość krótkim czasie :)
