Od pewnego czasu obserwuję rozwój tabaczanego rynku w naszym kraju. Można powiedzieć, że od dobrych dwóch - trzech lat mamy do czynienia z pewnym rodzajem boom`u, albowiem do Polski sprowadzane są coraz to nowsze tabaki, które wcześniej były jedynie obiektem westchnień większości tabaczarzy. Innymi słowy: Jest popyt – jest podaż.
Jednak zauważam pewne niepokojące zjawisko, coś co zwykłem nazywać syndromem Poschl`owych nosów. Chodzi mi tutaj o skrajnie krytyczne podejście do wielu tabak, które diametralnie różnią się od tego, do czego przyzwyczaiła nas niemiecka firma. Najlepszym przykładem są tutaj tabaki Samuela Gawitha, które są dużo trudniejsze w odbiorze. Pisze o tym, ponieważ przyszło mi recenzować jeden z produktów pana Samuela - Raspberry.
Mamy tutaj do czynienia z ciekawym wyrobem, który w mojej ocenie jest dobrym sposobem na rozpoczęcie przygody z tabakami z Kendal. Już spieszę z wyjaśnieniami dlaczego.
Otóż „Malina” zamknięta jest w standardowej, bernardowskiej tabakierce, zastosowanie której znacznie poprawiło jakość wyrobów pana Samuela. Ci, którzy zrazili się do firmy po spróbowaniu starych, puszkowych wersji powinni zrewidować swoje poglądy. No ale nie o tabakierę tutaj się rozchodzi, choć muszę przyznać, że i od strony estetycznej nie można niczego Samuelom zarzucić.
Zatem nie zwlekając dłużej dokonuję analizy zawartości.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest typowo angielskie zmielenie produktu. Co prawda nie jest to indyjski pył, ale niewiele mu do niego brakuje. Przy takim zmieleniu o wilgotności nie może być mowy, mamy tutaj do czynienia z jasnobrązowym, suchutkim tytoniem.
Pomimo tych cech ta tabaka nie ma tendencji do zwiedzania meandrów naszych gardeł, raz zaaplikowana siedzi tam, gdzie powinna, dając uczucie przyjemnego pieczenia. Wraz z pieczeniem przychodzi aromat malin. I tutaj również należy się słówko wyjaśnienia, albowiem jest to nieco odmienna malina, niż te spotykane u innych producentów. Jest bardziej naturalna, raczej kwaśna niż słodka, złamana charakterystycznym dla wyrobów pana Samuela zapachem. Różni ludzie różnie go określają, raz jako „kurz”, czasem jako pewną ziemistość. Szczerze powiedziawszy nie wiem jak ubrać go w słowa, najlepiej będzie jak sami spróbujecie. W tle natomiast gra nam całkiem niezły tytoń.
Całość sprawia, że ta tabaka jest niezwykle przyjemna w odbiorze. Świetnie orzeźwia, a aromat „kurzu” doskonale współgra z zapachem kwaskowatych malin i delikatnego tytoniu. Ponadto nie jest tak konserwatywna jak chociażby Kendal Brown, aczkolwiek charakterystyczne cechy wyrobów pana Samuela są w niej odpowiednio wyeksponowane. I właśnie dlatego jest całkiem niezłą propozycją dla osób chcących przerzucić się na nieco „trudniejsze” tabaki.