Duńczyk
„Duńczyki” – tak w nomenklaturze fajczarskiej określa się silnie aromatyzowane tytonie, zazwyczaj o posmaku wieloowocowym (choć nie jest to warunek sine qua non, może być bez owoców – wystarczy, aby tytoń był słodki, budyniowaty i maksymalnie nasycony aromatem). Określenie ma zabarwienie neutralne, choć bywa też używane w kontekście lekceważąco-pogardliwym, w szczególności przez zadeklarowanych palaczy latakii lub konserwatystów zakochanych w czystych wirginiach. Duńczyki, co oczywiste, produkowane są głównie przez firmy rodem z Danii (np. Mac Baren, W. Ø. Larsen), duży segment rynku stanowią też wyroby niemieckie (Planta, Dan Tobacco i inni); bywa, że rasowym „Duńczykiem” zabłyśnie inna firma – ot, choćby irlandzki Peterson. Co jakiś czas, z reguły raz do roku, w grudniu, pojawia się mieszanka tytoniowa specjalna – edycja limitowana i… zazwyczaj jest to duńczyk. Wszelkie „Special 2012 Reserve”, „Anno MMXII Edition”, czy „2012 Edition” tchną owocowo-ciastowatym aromatem, znajdując tyluż przeciwników, co amatorów. Jedni twierdzą, że zawartość tych puszeczek, to starannie selekcjonowane i dopieszczane przez cały rok tytonie z całego świata; inni, że to po prostu wymieszane zmiotki z linii produkcyjnej. Być może jest w tym trochę prawdy, no bo cóż z resztkami z produkcji ma począć firma tytoniowa, przecież nie utylizują tego na wielkim, komisyjnym stosie. Tak czy siak, moda na wszelkiego rodzaju rocznikowe edycje powoli wkracza i do tabacznego świata. Czy to dobrze, czy źle – nie mnie oceniać; i tak, rynek zweryfikuje to w swoim czasie. A jak smakuje Samuel Gawith 2011 Christmas? Tak! To duńczyk! Czarny, zmielony drobno proszek, suchy i mocno aromatyzowany owocowym syropem, o dominującej barwie brzoskwiniowej. Dobry, lecz na dłuższą metę nieco nużący; zbyt intensywny, by służyć do codziennej degustacji. No i ta brzoskwiniowa, silna, zatykająca nuta, jak dla mnie, nazbyt wyraźna (w ogóle, nie przepadam za zapachem brzoskwiniowym). Pastwić się jednak nad tą tabaką nie będę, tym bardziej że dostałem ją od Nitzo, a darowanemu… Rok 2011 już dawno za nami. Czy był to rok dobry, czy nie, jest kwestią dyskusyjną – zapewne był inny dla każdego. Dla mnie był to rok ważny i przyniósł dość istotną zmianę: wyprowadziłem się ze stolicy, w bardziej dzikie rejony (nazywane „Polską B”, czy nawet już „C”) – trochę żałuję, ale co zrobić. Udała mi się także rzecz, której się bardzo obawiałem, chyba najbardziej w życiu – operacja – i z tego się bardzo cieszę. Po kilku fatalnych latach, ten rok akurat był dość udany. Kto wie, co napiszę pod koniec 2012 roku i czy, w przypadku analogicznej recenzji, w ogóle się spotkamy. Wrodzony pesymizm każe mi antycypować, że jednak nie umrę i będę musiał zmagać się dalej z trudami życia codziennego w tym ciekawym kraju. W kalendarzu chińskim ubiegły rok był rokiem metalowego królika, bieżący jest rokiem wodnego smoka, nie wiem dokładnie o co w tym chodzi ale może być ostro.
Ależ nisko :). Faktycznie może ten owoc przypomina brzoskwinię, sam bym na to nie wpadł. Mnie bardzo przypadła do gustu, mógłbym ją zażywać codziennie, w sumie to miewam okresy, gdy zażywam ją codziennie. :)
TOP25