Moja pierwsza recenzja musi być o mojej pierwszej tabace jaką był Red Bull,
a więc:
Dawno dawno temu...
Hmm... I tutaj przed napisaniem recenzji musiałem odświeżyć swe doznania, więc snuff, snuff, snuff...
Na początek tak ogólnie:
Jeżeli już w jakimś sklepiku znajdę tabakę, to zazwyczaj mają tam Red Bull'a.
Dziwne, jak taki hmm... niszowy (lepiej uważać na słowa) produkt jest w naszym kraju tak popularny. Fakt ten wywodzi się pewnie z tego, że jest to szpanerski produkt niejednego gimnazjalisty. To właśnie jej moc i cena (o czym potem), czyni z nią fajną używkę dla pseudosnufferów mówiąc w skrócie zażywanie jej to istny szpanerski pokaz swojej siły i wytrzymałości.
Ja tu gadu gadu, a tu nie o tym miałem mówić.
Łatwa dostępność i niska cena jak za 10gr. produktu są wyjątkowym (prawie jedynym) atutem tejże tabaki.
W rękę wpada tabakierka. Szczelna, Poshlowska tabakierka, z wygodnym wieczkiem.
Z biegiem czasu opakowanie się rozszczelnia, a wieczko urywa, ale to głównie zależy od użytkowania.
Kolorystyka jak i motywy ciekawe, niemniej jednak jak dla mnie są takie hmm... kolokwialnie mówiąc dziwne. Na awersie (o ile tak mówić można) piekielnie czerwonej tabakierki widzimy duży napis Red Bull, który kojarzy mi się tylko z napojem energetyzującym. Coś tam że niby strong, że niby jakieś chief quality, ale uwagę przykuwa jakiś "Indian" otoczony 13 gwiazdkami. Motyw bardzo rozpoznawalny, lecz aczkolwiek nie jest to jakiś majstersztyk.
Na rewersie coś tam napisane, że niby szkodzi czy coś, że niby uzależnia. Oj tam...
Standardowo adresy podane jakby ktoś chciał kartkę na święta wysłać, że 10 gram tam jest i ten magiczny "wyryty" kod... Po prostu magia.
Jednym słowem:
-tabakierka poręczna
-szczelna (jak się nie rozszczelni)
-wygodne wieczko( jak się nie urwie)
-charakterystyczny wygląd zarezerwowany tylko dla Czerwonego Indianina, który Bykiem Czerwonym zwany jest
Otwieramy wieczko i... i... i... Kurna... Mentol, mentol, mentol. I to jeszcze taki niskich lotów mentol.
Jej średnia wilgotność nie sprawia problemów przy wydostawaniu szczypt z tabakierki.
Zmielenie jest wg. mnie dobrze dobrane - takie jakby średnie. Czasami leci w gardło co w przypadku tej tabaki jest mało przyjemne.
Barwa niby taki jasny, ale nie całkiem jasny brąz.
Podsuwamy nos do lufki hm... hm... kciuka (te "gimnazjalisty" mi po głowach chodzą gdy myślę o tej tabaczce) i snuuu...uuuu...uuuf.
Ciekawe...
W nosie drapie a w oczach i łzy się pojawiły.
Smak jakiegoś mentolowego znoszonego sandału, kiepsko plasuje się na tle innych mentolówek. W głowie lekkie uderzenie, efekt ciekawy.
Posiedzę i będę się delektował się tym smakiem (?).
Upłynął... Upłynął ze łzami...
Dziwne. Dziwne.
W mym nosie po chwili nie czuć już nic - mały zawód.
W skrócie:
- mentol nie smakuje tak jak można by się spodziewać
- moc uderza w głowę
- krótki aromat
- "psuje" nasz nos (oczywiście nie w małych ilościach)
Podsumowując: moc i niska cena tej tabaki stała się niewątpliwym atutem, lecz w połączeniu z kiepskim mentolem i tytoniem niskich lotów a w dodatku z krótkim trwaniem aromatu tworzy pewnego średniaka, który chce być kimś a staje się kimś w rodzaju naszych gwiazd serialowych, które nic nie mają do zaoferowania ciekawego, a jednak są sławne. Może jedyne co w tej tabace jest ciekawego to nieokiełznana moc oraz jej miano "tabaką kultową". Dlaczego kultowa? Zastanawiam się. Szukałem smaków, aromatów w tym produkcie długi czas, lecz jedyne co w niej odnalazłem to to, że i przy pierwszym zażyciu i przy zażyciu kilka minut temu ma tę samą MOC. Moc i nic więcej.